Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja książki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 grudnia 2015

'Dom na Wyrębach' - Stefan Darda (recenzja książki)

Nazwisko autora nic mi nie mówiło, ale przeczytałam niedawno dość ciekawą recenzję jego debiutanckiej powieści: 'Dom na Wyrębach'. Na tyle ciekawej, że choć nie lubię horrorów, postanowiłam przeczytać tę książkę. Zawsze to miło się trochę podenerwować i pobać w tej przedświątecznej bieganinie ;-)
O czym jest książka, która wg. opisu na okładce: utrzymana jest w klimacie prozy Stephena Kinga?


Opis książki pochodzi z virtualo.pl.:

Niejeden z nas marzy o wyprowadzce do własnego domu na wsi. Niektórzy realizują swoje plany. Zrealizował je także bohater powieści "Dom na wyrębach". Chata z bali, ogień pod kuchenną płytą, cisza za oknami. Idylla? Prawie. Nieznana siła przestawia rzeczy w zamkniętym domu. Mieszkający obok sąsiad okazuje się człowiekiem "któremu nie udowodniono". Wokół naiwnego mieszczucha zaczyna zaciskać się pętla... Wartka, trzymająca w napięciu akcja i lekkie pióro Autora sprawiają, że książkę trudno odłożyć przed poznaniem jej zakończenia.

Wydawnictwo: Wydawnictwa Videograf S.A.

Data premiery: 2009-10-06

Ilość stron: 336


W erze, gdy prawie każda polska pisarka ma w swym dorobku powieść o rejteradzie z dużego miasta do wymarzonego domku na wsi, gdzie znajduje miłość, zrozumienie i pomysł na życie, książka Dardy wydaje się bardziej realistycznie oddawać następstwa takiej zmiany. Oczywiście nie mówię o tym, że bardziej prawdopodobne jest zostać zaatakowanym na wsi przez strzygę, niż będąc kobietą po 30stce znaleźć na wsi miłość, jednak sposób ukazania realiów wiejskich u Dardy mocniej mnie przekonuje, niż obraz wsi wesołej, wsi spokojnej, gdzie wszyscy wszystkim przyjaciółmi :-)
Historia mnie na tyle zaintrygowała, że książkę przeczytałam, choć, trzeba przyznać, że nie od deski do deski. Wiele rozdziałów przekartkowałam. Z początku myślałam, że autor wprowadzając do książki nudne opisy, nudne rozmowy, np. o remoncie dachu, przedłużające się stany 'nic się nie dzieje', celowo próbuje uśpić czujność czytelnika, by przywalić go po chwili jakimś potężnym wstrząsem. Niestety, to co brałam początkowo, dość naiwnie, za środek artystyczny, okazało się zwykłym zapełniaczem stron w książce. Szkoda. Dlatego po pewnym czasie, zaczynałam przekartkowywać te fragmenty, które nic do powieści nie wnosiły, a sprawiały, że z nudów się ziewało. Myślę, że bez tych nieciekawych wtrętów, mogłoby z tego powstać całkiem zgrabne opowiadanko, które od początku do końca trzymałoby w napięciu, choć nie pozbawione pewnej dozy naiwności. Jednak, chcę oddać wielki pokłon autorowi za ciekawą strukturę tej powieści, w której akcja w kilku częściach przerywana jest epilogami. Samo zakończenie mnie zaskoczyło i to pozytywnie. Przemiana głównego bohatera, choć gwałtowna, była bardzo realistycznie oddana.
Jest to powieść debiutancka, więc na karb małego doświadczenia Dardy zrzucam wszelkie jej niedoskonałości. Mam ochotę na jego kolejne książki i z pewnością po nie sięgnę, z nadzieją, że poprawił swój styl pisarski, bo jeśli chodzi o realia, psychologię postaci, elementy grozy, to niewiele mu mogę zarzucić.
Czy się bałam... No, miejscami czułam przyśpieszone bicie serca, zbyt wiele jednak było przynudnawych wstawek, by ten stan się utrzymywał.
Jak na debiut - całkiem nieźle. Jak na porównywanie tej książki do powieści Kinga - spora przesada, ale jednego jestem pewna: dwa razy się zastanowię zanim zamarzy mi się mały, biały domek, gdzieś na totalnym odludziu :-))))


poniedziałek, 14 grudnia 2015

'Królowa lodów z Orchard Street' - Susan Jane Gilman (recenzja)

'Królowa lodów' była moją faworytką wśród premier listopadowych! Po pierwsze: uwielbiam lody, szczególnie czekoladowe! Inne smaki mogą dla mnie nie istnieć, no, może z wyjątkiem sorbetów: takich kwaśnych i rześkich . Po drugie: sama posiadam firmę i wszelkie książki o przedsiębiorcach są dla mnie ogromną inspiracją. No i po trzecie: lubię książki, których akcja dzieje się na przestrzeni lat! Lubię dojrzewać z głównym bohaterem, patrzeć na jego rozwój, zmiany. Niecierpliwie więc czekałam na tę premierę i na czas,kiedy książka ta wpadnie w moje łapki.


Opis z empik.com:

W 1913 roku rodzina Malki Treynovsky ucieka z Rosji. Zaraz po dotarciu do Nowego Jorku mała dziewczynka ulega wypadkowi. Porzucone dziecko przygarnia włoska rodzina sprzedawców lodów. Malka ciężko pracuje, ucząc się fachu, a wrodzony spryt i pomysłowość pozwalają jej przetrwać trudne chwile. Jako młoda kobieta zakochuje się w niepiśmiennym radykale Albercie. Razem z nim wyrusza furgonetką pełną lodów w podróż po Ameryce. Z biegiem czasu Malka przeistacza się w Lillian Dunkle, twardą bizneswoman zarządzającą lodową fortuną.
"Królowa lodów z Orchard Street" to nie tylko historia biednej dziewczynki, która zdobywa wielkie pieniądze, pozycję społeczną i sławę. To także bardzo ciekawy opis dziejów Ameryki - okresu prohibicji, drugiej wojny światowej aż po czasy disco polo.
Przenikliwa, fascynująca powieść Susan Jane Gilman wciąga bez reszty, a przy czytaniu warto mieć pod ręką ulubione lody!


Wydawnictwo: Czarna Owca dawniej Jacek Santorski & Co.

Data premiery: 2015-11-04

Ilość stron: 608

Akcja dzieje się dwutorowo: ukazuje nam historię małej żydowskiej dziewczynki, która wraz z rodzicami i sistrami przybywa do USA na początku XX w. oraz okres u schyłku jej życia, kiedy osiągnęła to wszystko, czego można się spodziewać po globalnym sukcesie przedsiębiorstwa. Osobiście nie przeszkadzała mi ta przeplatanka losów, bo lubię retrospekcje, ale wiem, że dla wielu osób ten zabieg artystyczny będzie dość męczący. Towarzyszymy głównej bohaterce przez okres prohibicji w stanach Zjednoczonych, przez okres głodu, biedy, chorób i kalectwa. Widzimy jak mała dziewczynka uczy się przetrwać na brutalnych ulicach ówczesnego Nowego Jorku. Po kolei traci wszystkich bliskich: ojciec odchodzi, siostry umierają, matka zostaje zamknięta w szpitalu psychiatrycznym, jednak wcześniej doświadcza czegoś o wiele gorszego: zostaje porzucona i to w chwili, gdy najbardziej potrzebowała bliskich: w wyniku nieszczęśliwego wypadku wpada pod wóz ulicznego włoskiego handlarza lodami. To na zawsze zmieni jej życie. Przygarnięta przez poczciwą rodzinę włoskich lodziarzy, zaczyna uczestniczyć w ich życiu, ucząc się przy okazji fachu. Ciężkie to były czasy dla dzieci: umieralność była ogromna, głód jeszcze większy, a nikt nie chciał (czy to rodzice, czy rodzina zastępcza) karmić darmozjada, zgodnie chyba z zasadą: 'Kto nie rabotajet, ten nie kuszajet' (wybaczcie fonetyczny zapis) :-) Nasza bohaterka więc zaczyna zarabiać na swoje utrzymanie już w wieku 4 lat! Przypuszczam, że w owych ciężkich czasach była to norma, co obecnie nam się w głowach nie mieści! Kto przetrwał dzieciństwo był już tak zahartowany, że żadne trudy życia nie były mu już przeszkodą. I taka jest właśnie Małka, w późniejszym okresie występująca jako Lillian. Silna, choć trwale fizycznie okaleczona, zdobywa wszystko to, co sobie zaplanowała: od wymarzonego mężczyzny, po kontrakt z wojskiem, zniszczenie znienawidzonej konkurencji i miliony na koncie!
Takie książki powinno się czytać z zapartym tchem, a jednak u mnie tak nie było. Miejscami bardzo mnie męczyła ta powieść, miejscami zapadałam się w niej po same uszy, przez co wydaje mi się bardzo nierówno napisana. no, ale takie jest życie, prawda? Raz pędzi i wydaje się pasjonująca przygoda, a raz paplamy się w błocie, z którego nie umiemy wyjść i mozolnie próbujemy się z niego wydobyć... Może tym właśnie książka ta zyskuje na realizmie. Nie ma w niej nic ładnego: pięknych bohaterów, pięknych okolic, pięknych i wzniosłych historii. Każdy z bohaterów posiada jakiś defekt, coś co psuje jego idealistyczne wyobrażenie. Jednak jest coś, co dodaje tej książce bardzo na wartości: opis dochodzenia od przysłowiowego zera do milionera. Wspaniale ukazany proces myślowy genialnego przedsiębiorcy, który aby osiągnąć sukces zna się na wszystkim: rachunkowości, PRze, reklamie, nawet na grafice! Który zaprzedaje swój wizerunek, by ocieplić i przybliżyć swoje produkty danemu targetowi. Walka z konkurencją i własnymi słabościami, błędne decyzje i frustracje związane z ówczesną polityką, że z kobietami nie robi się biznesu, a to wszystko na tle rozgrywających się wydarzeń XX w.!
Ogólnie książka, choć wydaje mi się przydługawa, przyciężkawa i trochę przynudnawa, według mnie jest pozycją godną polecenia i przeczytania. To mądra powieść o życiu i to niełatwym życiu oraz o umiejętności zamiany pozornej porażki w sukces.
Polecam, choć uprzedzam, ze miejscami może być nudnawo :-)


środa, 9 grudnia 2015

Twój dziennik - Regina Brett

Czytałyście już poradniki Reginy Brett? Ja co jakiś czas do nich wracam, bo napawają mnie optymizmem i wiarą we własne siły, dlatego, gdy przeczytałam, że pojawi się 'Twój dziennik', wiedziałam, że MUSI być mój!


No i jest mój :-)
Jestem osobą, która uwielbia planować, więc od czasów licealnych, co roku kupuję nowy kalendarz, gdzie zapisuję wszystko, co mam zrobić. Najpierw robię plany noworoczne, a potem już na bieżąco planuję miesiące, tygodnie, dni. Każdy kolejny dzień mam zaplanowany dzień wcześniej, dlatego nigdy nie wychodzę z domu bez swego kalendarza :-)
Wiem, brzmi przerażająco, ale takie nie jest, wierzcie mi :-) Planowanie jest mi potrzebne, by móc sobie pozwolić na totalne szaleństwo i improwizację w chwilach, które nie są obłożone planami :-)
Zatem kalendarz-planner, stał się moim gadżetem codziennego użytku i co roku bardzo starannie go wybieram.


Musze Wam powiedzieć, że jesli macie wśród swoich bliskich osobę, która tak jak ja lubi planować, a do tego kocha codzienną dawkę motywacji i mądrych inspiracji, to ten dziennik będzie idealnym prezentem pod choinkę!
Jest pięknie wydany. Ma przyjemny różowy kolor (w związku z tym, nie radze obdarowywać nim panów), podział: jeden dzień na stronie, sprawia, że jest doprawdy mase miejsca na własne zapiski.


Przy każdym dniu znajdziecie jakąś mądrą, inspirująca myśl lub zadanie do wykonania. Każdy dzień zaczyna się jedną lekcją o życiu, uczuciach, marzeniach, wyborach. Mądre i pouczający, a co najważniejsze: każda z nas znajdzie tam coś dla siebie.


Myślę, że w czasach, kiedy każdy z nas ma bezduszny kalendarz u siebie w telefonie, w którym można planować spotkania, zakupy, rzeczy do zrobienia, i który co chwilę przypomina nam o sobie brzydkim dźwiękiem dzwonka, dobrze zaopatrzyć się w taki kalendarz z duszą. Pachnący farbą drukarską, co prawda nie wysyła dźwiękowych przypomnień, ale kusi nas do częstego zaglądania swoim wyglądem i tym, co ze sobą niesie :-)

Wydawnictwo: Wydawnictwo Insignis

Data premiery: 2015-11-04




                                                          

poniedziałek, 23 listopada 2015

'Oddam ci słońce' - Jandy Nelson (recenzja)

Na tę książkę miałam ochotę już od dawna, od kiedy przeczytałam pierwszą jej recenzję. Jednocześnie trochę się bałam 'łzawych' klimatów, a właśnie o to podejrzewałam tę powieść. Krążyłam więc wokół niej i krążyłam, jednocześnie czytając coraz więcej pozytywnych opinii, takich jak: 'To najlepsza książka jaką kiedykolwiek czytałam!'.
Trudno było więc dalej się tylko przypatrywać okładce i czytać recenzje... Nadeszła pora, by zmierzyć się z nieznanym :-)

Opis z empik.com:


Jude
Czasem nawet najpiękniejszy świat, w którym wschody słońca trwają cały czas, nie może wynagrodzić doznanych krzywd.
Pełna energii buntowniczka zabiegająca o uwagę matki. Samotna i skrycie romantyczna. Podjęła wiele złych decyzji, których skutki musi ponieść.
Kiedyś brat bliźniak był jej najlepszym przyjacielem...

Noah
Czasem pragniesz czegoś tak bardzo, że jesteś gotów oddać za to cały świat. Nawet słońce.
Noah jest nieśmiały i delikatny. Skonfliktowany z ojcem, silnie związany z matką. Zakochany w sztuce. Marzy o tym, żeby zostać artystą. Jednak staje się kimś, kim nigdy nie chciał być. 
Kiedyś on i Jude, jego siostra bliźniaczka, byli nierozłączni…

Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte

Data premiery: 2015-08-12

Seria: Moondrive

Ilość stron: 400



Hmmm, co by tu napisać? 
Książka wzbudza tyle emocji, że trudno je ubrać w słowa, zamknąć w zdania. Jest bez wątpienia, piękna! Przepiękna! Zachwyca kwiecistymi metaforami, ale jednocześnie bardzo trafnymi. Styl całej powieści, podział na dwa indywidualne spojrzenia, na to, co otacza głównych bohaterów, na uczucia, obrazy - bardzo przypadł mi do gustu. Jest to teoretycznie książka dla młodzieży, bo o młodzieży, ale w pełni docenić ją mogą osoby trochę starsze, dojrzalsze (moim zdaniem, oczywiście). Myślę, że młodszych czytelników, denerwowałby styl, w jakim jest napisana ta powieść: miejscami bardzo patetyczny, a czasami trochę dziecinny, naiwny. Jednak ja czułam się jakbym zanurkowała w jakimś bajecznym świecie kolorów i porównań jak u Gałczyńskiego, czy Leśmiana. Bardzo poetycko i bardzo obrazowo, a jednocześnie tak zwyczajnie i brutalnie ukazane dojrzewanie nastolatków, którzy nagle muszą się zderzyć z sytuacją, która niejednego dorosłego by przerosła. Nie chcę zdradzać treści, chcę określić jedynie klimat i zachęcić Was do przeczytania, jednak szczerze przyznam, że po pierwszej fali zachwytu, z czasem moje uczucia słabły. Miałam przesyt tego wszystkiego i czułam się pod koniec trochę zmęczona. Czegoś było za dużo: patosu, dramatu, a może metafor? Nie wiem, ale przecież może tak właśnie wygląda świat jednostek wybitnych? Małych geniuszy, którzy z czasem mają wyrosnąć na wielkich artystów? Cieszyłam się mimo wszystko, że mogłam zanurzyć się w ich świat i popatrzeć na niego oczami dzieci o niesamowitej wyobraźni, które dzielą między sobą drzewa, oceany i gwiazdy, a nawet i słońce...

Polecam wszystkim, choć wyraźnie zaznaczony wątek homoseksualny pewnie nie każdemu przypadnie do gustu. Jednak zapewniam, że całość opisana jest z taktem i tak pięknie, jak rzeźby, czy freski Michała Anioła :-)
Polecam gorąco i dajcie znać, czy już czytaliście i jak Wam się podoba ta książka?
A może ktoś zdradzi za co oddałby słońce? U mnie jest taka jedna rzecz i pewnie dlatego ta powieść była mi tak bliska... Jednak to już zupełnie inna historia :-)


Pozdrawiam.





środa, 11 listopada 2015

'A potem przyszła wiosna' - Agnieszka Olejnik (recenzja)

Czy wiecie, że istnieją książki, od których nie można się oderwać przez całą noc? Nad którą wreszcie się zasypia ze zmęczenia, ale po trzech godzinach snu, z zapałem i energią znowu po nią się sięga? Czy wiecie? Pewnie, że wiecie! Podajcie swoją listę takich książek, bo chętnie po nie sięgnę, by powtórzyć ten stan całkowitego zamroczenia czytaną historią!
Tak właśnie przeżywałam najnowsza powieść Agnieszki Olejnik: 'A potem przyszła wiosna'. Z książek Pani Agnieszki do tej pory przeczytałam jedną: 'Dante na tropie', która podobnie mnie zagarnęła w swój świat i wypluła na koniec z niedosytem, ale szczęśliwą. Teraz kompletuję pozostałe Jej książki, bo jeśli od dwóch nie umiałam się oderwać, być może i reszta tak na mnie zadziała? Absolutny narkotyk książkowy! Wybaczcie ten patos w zachwytach, ale gdy przeczytacie, uznacie, że jest to uzasadnione!


Opis z empik.com:

Znana aktorka, Pola Gajda, żyje w zawrotnym tempie: praca na planie, wywiady, bankiety, związek z celebrytą. Gdyby nie prześladujący gwiazdę wścibski paparazzo, jej życie byłoby nieustającym pasmem sukcesów i przyjemności.
Znalezione w Internecie zdjęcie ukochanego z inną kobietą sprawia, że cały świat Poli rozsypuje się jak domek z kart. Zdrada uświadamia aktorce, jak puste i pozbawione sensu stało się jej życie w blasku fleszy.
"A potem przyszła wiosna" to poruszająca historia o tym, co w życiu jest najważniejsze.

Wydawnictwo:    Czwarta Strona
Data premiery:    2015-10-21
Ilość stron:          392 

Po raz kolejny zakochałam się w mężczyźnie, którego kreuje Pani Olejnik! Czyżbyśmy miały podobny gust? :-) Ale Konrada trudno nie uwielbiać: wrażliwy, ale jednocześnie silny. Przypominał mi szczeniaczka jakieś dużej rasy, np. doga arlekina: rozkoszny, rozbrajający, nieporadny i wielki. Klarowny rys psychologiczny od początku do końca. Autorka nie bawi się nami, eksperymentując na siłę ze zmianami tempa i dramaturgii. Tu tempo od początku jest szybkie, a potem tylko przyśpiesza, nie dając chwili wytchnienia. I dobrze! Tu nie ma miejsca na nudę. Jest to piękna historia miłosna ludzi, którzy trochę zagubili się w świecie, by się odnaleźć i wspólnie tworzyć swój własny świat, tak bliski i swojski, za którym wszyscy tęsknimy... Znajdziecie tu też dramat. Tajemnicę z przeszłości, która ciągnie się za główną bohaterką jak klątwa i niszczy wszystkich członków jej rodziny, w tym też ją samą. Pola Gajda ma wszystko, przynajmniej tak by się wydawało: karierę, rozpoznawalność, pieniądze, wspaniałego mężczyznę... Dlaczego więc jest smutna? Dlaczego kryzys w związku popchnął ją do tak dramatycznego kroku, jakim jest próba samobójcza? Dlaczego tak bardzo pragnie się ukarać i za co?
O tym wszystkim się dowiecie czytając 'A potem przyszła wiosna' - Agnieszki Olejnik. Z czystym sercem polecam, a jeszcze dodam, że to najbardziej wciągająca książka jaką w ostatnim czasie czytałam, a czytam bardzo dużo :-) Panią Agnieszkę możecie znaleźć tutaj, szczerze polecam Jej bloga oraz na Facebooku.




czwartek, 5 listopada 2015

'Szkoła żon' - Magdalena Witkiewicz (recenzja)

Od premiery książki minęły już dwa lata, ale ja dopiero teraz zaczynam 'romans' z książkami Magdaleny Witkiewicz. Nie wiem dlaczego tak późno. Koło powieści tej Autorki, węszyłam już od dłuższego czasu, obserwowałam Jej fanpage'a, czytałam recenzje Jej książek i dojrzewałam :-) Z czasem wyłonił mi się obraz  - wyobrażenie Pani Magdaleny jako osoby o bardzo dużej inteligencji, błyskotliwym umyśle, z poczuciem humoru i dystansem do siebie i świata... Wiedziałam, że chcę poznać tę Kobietę, choćby przez pryzmat Jej książek, więc zaczęłam poznawać :-)
Zaczęłam od 'Szkoły żon'... Nie lubię literatury erotycznej, a akurat erotyki w tej książce nie brakuje. Nie jest to jednak zwykłe romansidło pod płaszczykiem 'desire', o, co to to nie...Jest tam dużo więcej: przesłanie, chwile na refleksje, marzenia, próba samorealizacji i... odnajdywanie w sobie kobiety.
Same się zastanówcie, ile z Was potrafi powiedzieć o sobie, że jest przede wszystkim kobietą? Najczęściej jesteśmy matkami, żonami, nazwą zawodu, który wykonujemy, ale czy miałybyście w sobie tyle odwagi by być przede wszystkim kobietami?! I to kobietami spełnionymi? Nie feministycznie, ale ze zdrowym egoizmem biorącymi od życia i mężczyzn to, co nam się należy?

Opis z empik.com.:

„Szkoła żon” to druga część „Serii z tulipanem” autorstwa Magdaleny Witkiewicz.



Główna bohaterka Julia jest świeżo po rozwodzie.  Nawet bardzo świeżo. Bo dokładnie pięć godzin i dwadzieścia siedem minut. Opija radośnie w klubie wraz z przyjaciółkami powrót do stanu wolnego. Bierze udział w loterii wizytówkowej i ku jej zdziwieniu wygrywa tajemnicze zaproszenie do luksusowego spa o bardzo nietuzinkowej nazwie…  



W leśnej głuszy, gdzieś w malowniczych  Mazurach, ona i kilka innych, zwyczajnych, nie znających się kobiet przeżywa przygodę życia. Zostają tam przez 3 tygodnie, a po powrocie nic nie jest już takie, samo jak było. Teraz już nigdy żaden facet ich nie zostawi... To świetnie napisana, lekko erotyczna i feministyczna opowieść o współczesnych kobietach, matkach, żonach i kochankach.
Wydawnictwo: Filia

Data premiery: 2013-04-17

Seria: Seria z tulipanem

Ilość stron: 256
Do ekskluzywnego SPA dla kobiet, czyli do Zmysłowej Szkoły Żon trafiają różne, przypadkowe kobiety, które tworzą swoisty ogród charakterów, że się tak poetycko wyrażę :-) Każda inna, każda z innych powodów się tu znalazła, każda ma inne życie, inne problemy, są w różnym wieku. Autorka znakomicie rysuje nam obraz bohaterów powieści. Bohaterów, bo jest to książka wielowątkowa, choć skupiona na jednym celu - przesłaniu: kobieto, obudź się i zacznij wreszcie myśleć o sobie! Sposobów na osiągnięcie tego stanu jest wiele i ogranicza nas jedynie nasza wyobraźnia. Na szczęście nie wyobraźnia Autorki, która z niezwykłym smakiem wprowadziła tutaj wątki erotyczne! Książka uwodzi lepiej niż nie jeden mąż, czy partner życiowy, ale być może my same jesteśmy temu winne? Bo jak ten nasz mężczyzna ma zrozumieć czego byśmy chciały, jeśli my same tego nie wiemy? :-) Tak, jesteśmy kobietami! Tak, mężczyźni są w naszym życiu bardzo ważni, ale na zasadzie partnerstwa i wzajemnego uzupełniania się, a nie w relacjach: 'pan i władca oraz żona/dziewczyna/niewolnica' (chyba, ze takie role chcecie odgrywać, spełniając swoje fantazje, hihi). Po przeczytaniu tej książki mam ochotę powiedzieć z dumą: jestem kobietą, jestem piękna, podobam się sobie, chcę brać, ale i dawać i jestem SZCZĘŚLIWA, SPEŁNIONA i trzymam mój los w swoich dłoniach!'... Kto ze mną tak wykrzyknie? :-) Bardzo, bardzo, bardzo polecam! nie tylko krzyki, ale i 'Szkołę żon' - Magdaleny Witkiewicz :-)















































































































































środa, 21 października 2015

'Kobieta z czerwonym notatnikiem' - Laurain Antoine (recenzja)

Czy istnieje bardziej slow zawód niż pozłotnik? Przyznaję, że do niedawna nie wiedziałam, że taki zawód istnieje, ale dzisiaj uważam, że minęłam się z powołaniem! Pozłotnik zajmuje się pokrywaniem jakiegoś podłoża, np. ramy, płatkami metalu, często szlachetnymi. Praca czysto rzemieślnicza, ale jakaż wdzięczna, jakaż romantyczna, jakaż pełna poezji!
A czy praca księgarza nie jest slow? I nie mówię tu o księgarzach z sieciówek, ale o włascicielach małych, urokliwych księgarenkach, w których można podyskutować ze sprzedawcą o filozofii, a każdy klient jest traktowany indywidualny i znany z imienia... A gdy dodam, że księgarenka ta znajduje się w Paryżu w jednej z zabytkowych kamieniczek, gdzie czas się zatrzymał? :-) Zaczyna być bardzo romantycznie, prawda?



Opis z empik.com.:

Czarująca i kunsztowna opowieść o tym, jak impuls i ciekawość niepostrzeżenie przeradzają się w żarliwe miłosne śledztwo.

Laurent, znalazca damskiej torebki podąża tropem zapisków pisanych kobiecą ręką w czerwonym notatniku. Z dnia na dzień autorka notatek coraz bardziej go intryguje, a rozpalona wyobraźnia podsuwa mu nieodparte wizje tajemniczej kobiety, która jakby zapadła się pod ziemię. Znaleźć tą jedyną pośród milionów Paryżanek - temu zadaniu oddaje się Laurent z detektywistyczną skrupulatnością i zapałem kochanka, a miejskie zakamarki odsłaniają przed nim swoje sekrety…

Ta romantyczna historia mogła wydarzyć się tylko w Paryżu...

Brawurowo prowadzona i pełna humoru opowieść o ludzkich marzeniach, obawach i nadziejach.

Wydawnictwo: Czarna Owca dawniej Jacek Santorski & Co.

Data premiery: 2015-06-03

Ilość stron: 208

Cóż, nie zgadzam się z opisem: 'ta (...) historia mogła się wydarzyć tylko w Paryżu', bo ta historia mogła wydarzyć się wszędzie i ciągle miałaby w sobie ten romantyczny urok pierwszego pocałunku, popitym dobrym winem. Mam wrażenie, że akcja powieści, która zaczyna się bardzo szybko i dramatycznie (napadem, w następstwie którego główna bohaterka zapada w śpiączkę), zwalnia wraz z rozwojem wypadków. Dziwne, bo przecież zwykle jest odwrotnie, prawda? Jest to zabieg jednak niezwykle przyjemny, jak i cała opowieść. Główna bohaterka, ok 40stki, wykonująca zawód pozłotnika, zapada w śpiączkę w wyniku napadu rabunkowego, w którym traci swoją torebkę. Znajduje ją (torebkę, nie główną bohaterkę), drugi z głównych bohaterów, czyli nasz paryski księgarz, który dawniej pracował w korporacji i z dnia na dzień rzucił wszystko, by wieść życie bardziej slow :-) Zanosi oczywiście torebkę na policję, jednak widocznie w Paryżu zamiast dzwonić na komisariat, chodzi się tam osobiście - trafia na dość sporą kolejkę oczekujących pokrzywdzonych, więc postanawia swój obywatelski obowiązek spełnić innego dnia. Tym czasem zaczyna go intrygować zawartość torebki... Znajduje tam: stare zdjęcia, długopis, trzy kamyki, spinkę do włosów, klucze z breloczkiem w hieroglify, damskie perfumy, szminkę w kolorze koralowym, książkę swojego ulubionego pisarza z dedykacją i... tytułowy czerwony notatnik.
Zaczyna poszukiwania tajemniczej kobiety, która coraz bardziej pobudza jego wyobraźnię. Znajduje ją, a jakże. Karmi jej kota, gdy ta leży w szpitalu, przegląda jej książki, obiera jej sukienkę z pralni i... zostawia list, a w nim zdradza tylko swoje imię i znika. Gdy nasza pozłotniczka wraca do zdrowia, do swego domu i kota, pozwala sobie na to, by list od nieznajomego, który tak bez pardonu wdarł się w jej życie zawładną tym razem jej wyobraźnią. Teraz ona zaczyna szukać jego. Dlaczego to robi? nie wie, jak i on nie wiedział, co go tak ciągnie do tej nieznanej kobiety. Grunt, że się odnajdują, choć nie było to proste i potrzebna była pomoc córki głównego bohatera (z pierwszego małżeństwa). Czy się w sobie zakochują? A jakże! Cała książka zmierzała w tym kierunku i na koncu nie ma zaskoczenia, ale czy wszystko musi nas zaskakiwać?
Mamy tu bohaterów, którzy nie są jakoś specjalnie ciekawi: nie wykonują niesamowitych zawodów, nie mają zapierających dech w piersiach przygód, nie są miotani wichrami namiętności. To ludzie po 40stce, spokojni, ułożeni, którzy, wydawało by się, najlepsze czasy mają już za sobą. Dlatego ta historia nabiera pewnego wyrafinowania. Porównałam ją na początku do wina i tego będę się trzymać. Całość jest jak Twoje ulubione wino. Popijasz więc je powoli i spokojnie, delektując się jego smakiem. Nic Cię w nim nie zaskakuje, bo przecież piłeś go już nieraz, ale czujesz radość, odprężenie i taki spokój, że wszystko będzie dobrze, wszystko się musi dobrze skończyć, bo przecież nie może być inaczej - i taka właśnie jest ta powieść.
Polecam, oj, polecam :-)

poniedziałek, 19 października 2015

'Zatoka o północy' - Diane Chamberlain (recenzja)

Weekend minął mi w atmosferze pochmurno-pościelowej, czyli za oknem szaro i deszcz, a ja popijając ulubioną herbatę, leżę owinięta w koc na kanapie i czytam książkę.
Było to moje pierwsze zetknięcie z Diane Champerlain. Autorka ta jest lubiana, z tego, co obserwuję na blogach i dość mocno ceniona. Mnie samej lektura jej powieści sprawiła dość sporą przyjemność, ale...


Opis z empik.com:

Diane Chamberlain w książce pt. "Zatoka o północy" opowie historię tajemniczego morderstwa sprzed wielu lat.

Ukochany dom rodzinny Julie Bauer przez lata był miejscem jej najwspanialszych wspomnień z dzieciństwa, dopóki nie wydarzyła się w nim straszliwa tragedia. Pewnego dnia znaleziono tam zamordowaną siostrę Julie, siedemnastoletnią Izzy.

Po ponad czterdziestu latach od śmierci siostry Julie nadal nie potrafi uporać się z poczuciem winy. Tragedia rzuciła cień na całe jej dotychczasowe życie, komplikując jej stosunki z matką i swoją nastoletnią córką. Niespodziewanie zostaje znaleziony list, który ujawnia, że do więzienia za morderstwo trafiła niewłaściwa osoba. Koszmar tamtych dni powraca, gdy przy okazji wznowionego śledztwa wychodzą na jaw kolejne tajemnice. Julie będzie musiała na nowo zmierzyć się ze swoją przeszłością, by w końcu zaznać spokój.

Wydawnictwo: Prószyński Media

Data premiery: 2013-08-08

Ilość stron: 520



Podobało mi się, jak autorka ze znawstwem i wnikliwością rysuje nam portret psychologiczny postaci. Przedstawia nawarstwiające się problemy, których się nie przegadało z najbliższymi, co może doprowadzić do rozłamu w rodzinie. Jest tajemnica sprzed lat, jest wielka namiętność, jest wreszcie odkupienie, pojednanie i rozwiązanie. Ta książka ma wszystko, by zachwycić, ale ze mną nie udała się ta sztuka, choć żałuję. Książka wydawała mi się dość ciekawa, dość interesująca, ale nie dość, by pozostawiła we mnie jakieś wspomnienie. Nie poruszyła we mnie nic... To nie znaczy, że każda książka ma we mnie wzbudzać potrzebę zadawania pytań egzystencjalnych z próbą odpowiedzenia na nie. Lubię jednak, gdy książka zostaje ze mną, choć przez jakiś czas. W tym przypadku zapomniałam o całej historii wraz z przeczytaniem ostatniego wersu.  Nie wzbudzała emocji, nie pobudzała wyobraźni. Ot, takie czytadło, które dla zabicia czasu jesiennego weekendu, można przeczytać albo i nie - jest to w zasadzie obojętne.
Nie wiem, skąd u mnie taki brak entuzjazmu. Książka ma wszystko to, co może czytelnikowi się podobać, a jednak mnie do gustu nie przypadła. Jest tyle ciekawych i fajnych książek, że nawet trochę żałuję czasu, który zmarnowałam na tę pozycję.
Nie będę jednak Was zniechęcać, bo nie jest to zła książka i może się podobać. Widocznie ten styl w ogóle do mnie nie przemówił i wolę się skupić na innych powieściach, choć nie wiem, czy jeszcze sięgnę po którąś z pozycji tej autorki.

Może Wy mnie przekonacie? Warto przeczytać inne książki Diane Chamberlaine? Czy może wszystkie jej powieści są podobne do siebie i nic nie stracę darując sobie inne tytuły? :-)



czwartek, 15 października 2015

'Plaża Dusz' - Kate Harrison (recenzja)

Czasami do wyboru nowej lektury skłania nas jakiś impuls, który nie wiadomo skąd pochodzi. Po prostu czujesz, że powinieneś / powinnaś tę książkę przeczytać, choć nic o niej nie wiesz, nie znasz autorki, okładka Ci nic nie mówi... Tak było ze mną w tym przypadku.
'Plaża dusz' - Kate Harrison, to książka, którą określa się mianem fantasy. A ja nie lubię fantasy. Ba! Jest to książka skierowana głównie do nastoletniego odbiorcy i to z pewnością bardziej do dziewczynek, niż do chłopców. Wszystko to sprawia, że powinnam się dwa razy zastanowić zanim kliknęłam 'kup to'. Dopiero później dowiedziałam się jeszcze, że książka ta jest wydana tylko w wersji elektronicznej, a ja lubię dokupić sobie wersję tradycyjną, gdy książka mi się spodoba. No i, żeby tego było mało: znowu się wpakowałam w jakiś cykl, o zgrozo!!! Dlaczego w dzisiejszych czasach tak modne są książki, które trudno zamknąć w jednym tomie? Tęsknię za czasami, gdy siadałam do czytania i wszystkie sprawy na końcu zostają wyjaśnione, a ja nie muszę zastanawiać się 'co dalej'.
Same minusy, prawda?
To już na sam koniec dodam, że są jeszcze dwa tomy 'Plaży dusz', ale żaden z nich nie został wydany w Polsce. Wydawnictwo zaś nie raczyło mi odpowiedzieć na maila z pytaniem, czy zdecydowali się na kontynuację, zatem pozostało mi czekać i mieć nadzieję lub próbować kupić książki w oryginale...
Po takiej 'zachęcie' z mojej strony, nie wiem, czy w ogóle macie ochotę na tę powieść, jednak powiem, że warto...
 


Plaża Dusz to wirtualny raj, do którego dostają się tylko ludzie młodzi, piękni i... martwi. Dlaczego więc Alice Forster znajduje się w ich gronie?
Kiedy Alice Forster odbiera e-mail od swojej zmarłej siostry Megan, uznaje to za wyjątkowo okrutny żart. Nie przypuszcza, że ta wiadomość odmieni jej życie. Wkrótce otrzymuje zaproszenie na Plażę Dusz, gdzie może porozmawiać z siostrą i gdzie, oprócz morza, piasku i słońca, czekają na nią nowe przyjaźnie, sekrety, a może nawet miłość... Ale dlaczego gośćmi Plaży Dusz – ekskluzywnego wirtualnego kurortu – są tylko młodzi piękni ludzie? Co naprawdę spotkało Megan Forster? I jaki los czeka Alice?

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Ilość stron: 203

Rozmiar 2,2 MB

Data premiery: 2014-10-31


/opis i okładka pochodzi z empik.com/


Mówiąc szczerze, okładka mnie w ogóle nie zachwyciła. Kiczowata i od razu sugeruje powieść dla dorastających panienek. Sam opis jakiś też tak bez wyrazu... Jednak już pierwsze akapity powodują lekkie jeżenie się włosków na karku...

/darmowy fragment z Empik.com/

To przemyślenia samego mordercy, które co jakiś czas wplatane są w całą opowieść. Nie martwcie się jednak, nie zdradzę, kto nim jest, zresztą sama nie wiem. Podejrzanych wraz z biegiem akcji przybywa, co pobudza zarówno ciekawość jak i niepokój. I to właśnie uczucie niepokoju było tym, co odczuwałam podczas czytania.
Mamy tu morderstwo młodej dziewczynie, którą można nazwać trywialnie celebrytką oraz jej rodzinę, która musi się pogodzić z tą dramatyczną śmiercią i piętrzącymi się zagadkami. Uważam, że autorka ma ogromny dar tworzenia realnych postaci z ich problemami, podłożem psychologicznym i próbą radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych. Choć szokiem był dla mnie obraz nastolatków (16stoletnich), którzy popijają piwko na przerwach lekcyjnych dla odegnania kłopotów... Szczerze mam nadzieję, że to tylko wyobraźnia autorki, a nie realne obserwacje. 
Wszystko to dzieje się w rzeczywistości. Jest jednak jeszcze jeden świat, który wydaje się równie prawdziwy, choć jego bohaterowie są martwi, a rzecz toczy się w cyberprzestrzeni. Mowa tu o tej tytułowej Plaży Dusz, na którą zostaje zaproszona główna bohaterka (Alice) przez swoją zmarłą siostrę (Megan). Początkowo obraz malowany nam przez autorkę wygląda bardzo idyllicznie. Może jest to alternatywa dla biblijnego Raju, z tą różnicą, że można utrzymywać kontakt ze swoimi bliskimi, którzy odeszli z tego świata? Z czasem wizja ta przestaje być już taka jednoznaczna i wkrada się podejrzenie, że coś jest tu nie tak. Zmarli nie są szczęśliwi i szukają tylko sposobu, by uciec z tego pięknego miejsca. Nie wiedzą, gdzie się później znajdą, a jednak niewiedza ich mniej przeraża niż wieczność tutaj... Dlaczego tak się dzieje i czy możliwe jest odejście z plaży? Dowiecie się wszystkiego z książki, którą czyta się szybko i (wręcz) z zapartym tchem!
Podoba mi się cała idea tej powieści, która nie jest banalną historyjką dla nastolatek, choć ma w sobie zabarwienie romansowe (i to z mocno dramatycznym akcentem, bo cóż może być bardziej okrutnego niż pokochać kogoś pierwszą, młodzieńczą miłością, wiedząc, że ten ktoś od dawna już nie żyje?). Nie ma tu jednoznacznego rozgraniczenia na dobre i złe, choć wizja morderstwa i Raju z góry nam taką możliwość narzucają. Mimo, że wydarzenia tutaj opisane są często tak nam odległe, niezrozumiałe, a wręcz niemożliwe - całość wydaje się bardzo realna i pozbawiona metafizyczności. Śmierć przestaje być tabu, a mordercą może być każdy...
Polecam.



piątek, 9 października 2015

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety...



SwiatłanaAleksijewicz dostała literacką nagrodę Nobla! 

Swietłana Aleksijewicz Foto: PAP/EPA/TATYANA ZENKOVICH


Przeważnie jest tak: w październiku komitet przyznaje nagrodę autorowi/autorce X. Często to nazwisko słyszę po raz pierwszy. Czasem już znam autora z nazwiska, ale nie jego/jej książki. Staram się więc jakąś przeczytać. Idę do biblioteki. Przeważnie książki noblisty w bibliotece już są, ale na podobny pomysł wpadło więcej osób. Można się tylko zapisać w kolejkę. Z reguły jestem dwudziesta któraś i na książkę muszę poczekać rok. Piszę więc list do Świętego Mikołaja i proszę o książkę pod choinkę. I zawsze dostaję J
Potem poświąteczne wieczory spędzam z lekturą. Tak było z Imre Kertész, Doris Lessing, Alice Munro. Wstyd przyznać, ale po wiersze Szymborskiej sięgnęłam też dopiero, gdy dostała Nobla. Często po lekturze pierwszej książki zakochuję się w autorze/autorce. I czytam kolejne. Ale nie zawsze. Czasem męczę książkę i oddycham z ulgą, gdy się skończy. I po następną już nie sięgam.
W tym roku jest inaczej. Chyba po raz pierwszy dobrze znam książki laureatki Nagrody Nobla. Pierwszą – Wojna nie ma w sobie nic z kobiety – przeczytałam kilka lat temu. I do dziś nie mogę o tej książce zapomnieć.
II wojnę światową wszyscy dobrze znamy. Wychowaliśmy się na opowieściach o wojnie. Na filmach typu „Czterej pancerni i pies”, czy „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”. Także opowieści rodzinne często dotyczą wojennych wspomnień dziadków, które są przekazywane są z pokolenia na pokolenie.
W przekazach przeważnie źli Niemcy napadli na dobrych Polaków. Ci dzielnie walczyli. Cały naród zjednoczony, współpracujący – przeciw jednemu wrogowi. Wiem, wiem, trochę upraszczam. Ale przyznajcie, że dominujący przekaz dotyczy bitew, potyczek, strat i bohaterstwa. Dużo rzadziej dnia codziennego.
Książka Aleksijewicz pokazała mi wojnę z zupełnie innej strony, oczami kobiet. Były w czasie wojny sanitariuszkami, ale też strzelcami wyborowymi czy saperkami. Nie miały żadnej taryfy ulgowej. Robiły to samo, co mężczyźni. Bo trudno uznać, że gdy drobna sanitariuszka musi znosić z pola walki, spod ostrzału, rannych kolegów, z których każdy waży dużo więcej od niej, to jest to czynność łatwiejsza i bezpieczniejsza! .Ale opowiadały też o tym, jak marzyły. Jedna o czystej bieliźnie. Inna o pantofelkach, które zapamiętała sprzed wojny. I o kąpieli w ciepłej wodzie. I jeszcze o pomalowaniu ust szminką i zakręceniu loków. I jak nawet w męskich mundurach i kalesonach (damskich wersji ubrań nie przewidziano) walczyły o swoją kobiecość. Jakie to było dla nich ważne!
A po wojnie… Bohaterki książki Aleksijewicz myślały, że najgorsze już za nimi. Ale wojna nie dała o sobie zapomnieć. Inni nie dalia. Bo żołnierki były upokarzane, uważane za łatwe (przecież tyle czasu obcowały z obcymi mężczyznami, nie mogły się dobrze prowadzić), izolowane.
Mężczyźni dostali medale i zostali bohaterami narodowymi. Kobiety otrzymały łatkę frontowych dziwek, i żeby dalej funkcjonować w społeczeństwie musiały zapomnieć i zataić część swojej historii. Taka dziejowa sprawiedliwość!. 


Książka odpowiedziała mi na wiele pytań, które zawsze chciałam zadać (także dziadkom), ale się wstydziłam. Bo to dalej jest temat tabu.  I pokazała jeszcze straszniejsze oblicze wojny.
Tej książki nie da się przeczytać na raz. Wzbudza zbyt dużo emocji. Ale i zapada na długo w pamięć. Więc gdy ktoś na facebooku pyta, czy warto sięgać po tę książkę, odpowiedź jest tylko jedna. Oj WARTO. Zdecydowanie warto. 


                                                                                    ***


                                                                Opis książki z empik.com:




"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" była gotowa już w 1983 roku. Dwa lata przeleżała w wydawnictwie. Autorkę oskarżono o "pacyfizm, naturalizm oraz podważanie heroicznego obrazu kobiety radzieckiej". W okresie pieriestrojki książka prawie jednocześnie ukazywała się w odcinkach w czasopiśmie "Oktiabr" i "Roman-gazietie" oraz została wydana w dwóch wydawnictwach: "Mastackaja Litieratura" oraz "Sowietskij Pisatiel". Łączny nakład wyniósł prawie dwa miliony egzemplarzy.
Na podstawie książki powstał cykl filmów dokumentalnych, wyróżniony m.in. Srebrnym Gołębiem na Festiwalu Filmów Dokumentalnych i Animowanych w Lipsku. Jegor Letow, założyciel i wokalista legendarnego rosyjskiego zespołu punk rockowego "Grażdanskaja Oborona", napisał piosenkę zainspirowaną książką Aleksijewicz.

Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne

Data premiery: 2010-11-03

Ilość stron: 352