Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 października 2015

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety...



SwiatłanaAleksijewicz dostała literacką nagrodę Nobla! 

Swietłana Aleksijewicz Foto: PAP/EPA/TATYANA ZENKOVICH


Przeważnie jest tak: w październiku komitet przyznaje nagrodę autorowi/autorce X. Często to nazwisko słyszę po raz pierwszy. Czasem już znam autora z nazwiska, ale nie jego/jej książki. Staram się więc jakąś przeczytać. Idę do biblioteki. Przeważnie książki noblisty w bibliotece już są, ale na podobny pomysł wpadło więcej osób. Można się tylko zapisać w kolejkę. Z reguły jestem dwudziesta któraś i na książkę muszę poczekać rok. Piszę więc list do Świętego Mikołaja i proszę o książkę pod choinkę. I zawsze dostaję J
Potem poświąteczne wieczory spędzam z lekturą. Tak było z Imre Kertész, Doris Lessing, Alice Munro. Wstyd przyznać, ale po wiersze Szymborskiej sięgnęłam też dopiero, gdy dostała Nobla. Często po lekturze pierwszej książki zakochuję się w autorze/autorce. I czytam kolejne. Ale nie zawsze. Czasem męczę książkę i oddycham z ulgą, gdy się skończy. I po następną już nie sięgam.
W tym roku jest inaczej. Chyba po raz pierwszy dobrze znam książki laureatki Nagrody Nobla. Pierwszą – Wojna nie ma w sobie nic z kobiety – przeczytałam kilka lat temu. I do dziś nie mogę o tej książce zapomnieć.
II wojnę światową wszyscy dobrze znamy. Wychowaliśmy się na opowieściach o wojnie. Na filmach typu „Czterej pancerni i pies”, czy „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”. Także opowieści rodzinne często dotyczą wojennych wspomnień dziadków, które są przekazywane są z pokolenia na pokolenie.
W przekazach przeważnie źli Niemcy napadli na dobrych Polaków. Ci dzielnie walczyli. Cały naród zjednoczony, współpracujący – przeciw jednemu wrogowi. Wiem, wiem, trochę upraszczam. Ale przyznajcie, że dominujący przekaz dotyczy bitew, potyczek, strat i bohaterstwa. Dużo rzadziej dnia codziennego.
Książka Aleksijewicz pokazała mi wojnę z zupełnie innej strony, oczami kobiet. Były w czasie wojny sanitariuszkami, ale też strzelcami wyborowymi czy saperkami. Nie miały żadnej taryfy ulgowej. Robiły to samo, co mężczyźni. Bo trudno uznać, że gdy drobna sanitariuszka musi znosić z pola walki, spod ostrzału, rannych kolegów, z których każdy waży dużo więcej od niej, to jest to czynność łatwiejsza i bezpieczniejsza! .Ale opowiadały też o tym, jak marzyły. Jedna o czystej bieliźnie. Inna o pantofelkach, które zapamiętała sprzed wojny. I o kąpieli w ciepłej wodzie. I jeszcze o pomalowaniu ust szminką i zakręceniu loków. I jak nawet w męskich mundurach i kalesonach (damskich wersji ubrań nie przewidziano) walczyły o swoją kobiecość. Jakie to było dla nich ważne!
A po wojnie… Bohaterki książki Aleksijewicz myślały, że najgorsze już za nimi. Ale wojna nie dała o sobie zapomnieć. Inni nie dalia. Bo żołnierki były upokarzane, uważane za łatwe (przecież tyle czasu obcowały z obcymi mężczyznami, nie mogły się dobrze prowadzić), izolowane.
Mężczyźni dostali medale i zostali bohaterami narodowymi. Kobiety otrzymały łatkę frontowych dziwek, i żeby dalej funkcjonować w społeczeństwie musiały zapomnieć i zataić część swojej historii. Taka dziejowa sprawiedliwość!. 


Książka odpowiedziała mi na wiele pytań, które zawsze chciałam zadać (także dziadkom), ale się wstydziłam. Bo to dalej jest temat tabu.  I pokazała jeszcze straszniejsze oblicze wojny.
Tej książki nie da się przeczytać na raz. Wzbudza zbyt dużo emocji. Ale i zapada na długo w pamięć. Więc gdy ktoś na facebooku pyta, czy warto sięgać po tę książkę, odpowiedź jest tylko jedna. Oj WARTO. Zdecydowanie warto. 


                                                                                    ***


                                                                Opis książki z empik.com:




"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" była gotowa już w 1983 roku. Dwa lata przeleżała w wydawnictwie. Autorkę oskarżono o "pacyfizm, naturalizm oraz podważanie heroicznego obrazu kobiety radzieckiej". W okresie pieriestrojki książka prawie jednocześnie ukazywała się w odcinkach w czasopiśmie "Oktiabr" i "Roman-gazietie" oraz została wydana w dwóch wydawnictwach: "Mastackaja Litieratura" oraz "Sowietskij Pisatiel". Łączny nakład wyniósł prawie dwa miliony egzemplarzy.
Na podstawie książki powstał cykl filmów dokumentalnych, wyróżniony m.in. Srebrnym Gołębiem na Festiwalu Filmów Dokumentalnych i Animowanych w Lipsku. Jegor Letow, założyciel i wokalista legendarnego rosyjskiego zespołu punk rockowego "Grażdanskaja Oborona", napisał piosenkę zainspirowaną książką Aleksijewicz.

Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne

Data premiery: 2010-11-03

Ilość stron: 352







 

 

wtorek, 6 października 2015

Dziś 6 października – Światowy Dzień Mieszkalnictwa.





Może to dzień na lekturę? O mieszkaniach? O kredytach?

Filip Springer książką „13 pięter” rozpoczął bardzo ciekawą dyskusję: kupić mieszkanie na kredyt czy żyć w wynajętym mieszkaniu?

Uwielbiam reportaże Springera. Jego Miedziankę uważam za mistrzostwo świata.
13 pięter też wciąga. Ale też uwiera. Dom to podstawowa potrzeba człowieka. W naszym klimacie musimy mieć dach nad głową. Mnie się marzy, aby każdy miał w domu własny kąt – własną przestrzeń, w której można by się schronić, gdy życie boli. Gdy tej przestrzeni nie ma, zaczynają się konflikty. Pamiętam z dzieciństwa kłótnie sąsiadów. Na 38 metrach, w dwóch pokojach ze ślepą kuchnią mieszkały dwie rodziny: rodzice i ich syn ze swoja rodziną – żoną i dwójką dzieci. Kłócili się codziennie. Dziadkowie byli zmęczeni, a dzieci dokazywały. Teść chciał w spokoju obejrzeć mecz, a synowa właśnie wróciła z pracy i musiała ogarnąć dom, włączyć pralkę i rozwiesić pranie. Itd.
Ciasnota, brak przestrzeni sprzyja agresji. To widziałam na własne oczy.


Springer w swojej książce zastanawia się, co zrobić, by mieć własne mieszkanie. I przez pokazanie historii różnych osób – ostrzega. Ale i oskarża. Skłania do pytań.
- Dlaczego przez 25 lat wolnego rynku nikt nie zajął się problemem? Dlaczego uznano, że problem mieszkań powinien rozwiązać każdy indywidualnie?
- Dlaczego nie chroni się kupujących mieszkania przed ryzykownymi poczynaniami deweloperów?
- Dlaczego to klient ponosi największe ryzyko transakcji na rynku nieruchomości?
- Dlaczego żadna instytucja nie pomaga przy podpisaniu umowy, i dlaczego w umowach tych mogą pojawiać się klauzule skrajnie niekorzystne dla kupujących? A mówimy o umowach, które wpływają na niemal całe życie człowieka. Wszak kredyt na 30 lat powoduje, że przestajemy być wolni.

Springer wskazuje, że kredyt i mieszkanie na własność to nie jest jedyne rozwiązanie. W wielu krajach rynek mieszkań opiera się na wynajmie.

Patrz:

Kredyt to obciążenie na wiele lat, utrata wolności. Niektórym kredyt śni się po nocach. Wizja wzrostu stóp procentowych, a co za tym idzie wzrost wysokości raty, która już teraz jest tak duża, ze wielu rodzinom trudno je spłacać - zatruwa życie.

W Polsce, wg Springera zbyt rzadko rozważa się alternatywę, czyli wynajem mieszkania. Jesteśmy bardzo przywiązani do własności. Kredyt to też w Polsce sposób życia – synonim dorosłości i odpowiedzialności. Kredyt był (jest?) synonimem sukcesu.

Ale np. w Niemczech Za przykład innych możliwości podaje się Niemcy, gdzie aż 54% ludzi mieszka w wynajmowanych mieszkaniach. W Polsce jedynie 5,5% wynajmuje mieszkania na rynku, dodatkowo 8,4% mieszka w mieszkaniach wynajmowanych od gmin (w mieszkaniach komunalnych). Ale liczba wynajmujących rośnie.

To kupić czy wynająć?
Nie wiem. Wiem jedno: przed podpisaniem umowy kredytowej warto przeczytać książkę Springera.
Może zdecydujemy się na mniejsze mieszkanie, żeby kredyt spłacać przez 10 lat, a nie 30? 
Albo wybierzemy lokalizacje dalej od Centrum? A może jednak wynajem? 

Muszę to przemyśleć.

                                                                             ***




Opis książki z empik.com:

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Polska cierpiała na gigantyczny głód mieszkaniowy. Problem ten przez całe dwudziestolecie próbowali rozwiązać różnego rodzaju zapaleńcy, społecznicy, ludzie z misją. Bezskutecznie.

W 1989 roku Polska znów znalazła się w punkcie wyjścia. Tanich mieszkań jak nie było, tak nie ma. Kolejne pomysły na rozwiązanie problemu mieszkaniowego okazują się gorsze od poprzednich, a luki prawne w istniejącym systemie bezwzględnie wykorzystują banki, deweloperzy i czyściciele kamienic. Wielu obywateli radzi sobie więc, jak może, wegetując, oszukując, adaptując się. Umowy kredytowe podpisały prawie dwa miliony Polaków.

Słowo „dom” odmieniane w tej książce przez wszystkie przypadki nie kojarzy się im ze stabilizacją ani spokojem, a większość opowiedzianych tu historii jest tragiczna. Żeby ich wysłuchać, Filip Springer trafił do mieszkania w piwnicy, kontenerze, garażu i małej gastronomi na piątym piętrze kamienicy. I przekonał się, jak rzeczywistość może różnić się od marzeń.



Wydawnictwo: Wydawnictwo Czarne

Data premiery: 2015-08-12

Ilość stron: 280